- Pewnie - przytknęłam. Nie przepadałam za niezapowiedzianymi odwiedzinami, nawet jeśli były miłą niespodzianką. To okropnie wybijało z rytmu.
- Nie zostało nam wiele rzeczy, zaraz się z tym uwiniemy - uśmiechnęła się Rosemare. W rzeczywistości - zostały nam tylko walizki przywiezione przez rodziców, czyli z rzeczami osobistymi. Zawlekłam swoją walizę do pokoju i wyjęłam z niej wszystkie książki, sprzęt fotograficzny, zeszyty, flet, nuty, pierdółki... Po wyłożeniu przedmiotów, mój pokój przestał wyglądać tak idealnie. Słyszałam przez ścianę jak Rose krząta się w swoim pomieszczeniu. Podśpiewywała sobie chyba coś pod nosem. Rytmiczna melodia natchnęła mnie do złożenia fletu. Kupiłam go za własne pieniądze, i był używany. Poprzednia właścicielka jednak o niego dbała, więc nie był mocno sponiewierany. Dawno nie grałam, toteż na próbę zagrałam gamę c-dur. Wyszła dobrze, więc przeszłam do następnych ćwiczeń. W rodzinnym mieście, w dzieciństwie chodziłam do szkoły muzycznej, i to dobre trzy lata. Później straciłam jakoś ochotę do ćwiczeń i uczęszczania na zajęcia. Dalej uczyłam się sama. Znaczy... w miarę moich możliwości. Naprawdę długo już nie grałam. Lubiłam to jednak. Niskie dźwięki wydobywające się z instrumentu zawsze mnie uspokajały i napełniały zadowoleniem. Po chwili zagrałam popularną melodię ,,He's a Pirate" z ,,Piratów z Karaibów". Był to jeden z moich ulubionych filmów. Następnie kilka równie popularnych melodii typu ,,Can You Feel The Love Tonight" z ,,Króla Lwa". Na koniec dwie wysokie gamki, i odłożyłam flet.
- Dalej, dalej! - usłyszałam zza ścian.
- Za dzisiaj to tyle! - odpowiedziałam ze śmiechem. Chwilę później byłam już koło Rose. Przebierała sobie właśnie spodnie - na te luźne, do tańca.
- Będziesz ćwiczyć? - zapytałam opierając się o framugę drzwi, mimo, że wiedziałam jak będzie odpowiedź.
- Tak, chcesz ze mną? - odpowiedziała z uśmiechem.
- Mogę ci chwilę towarzyszyć. Lecę się przebrać - powiedziałam i wróciłam z powrotem do pokoju. Zarzuciłam na siebie luźne alladynki i bawełniany, obcisły podkoszulek. Spotkałyśmy się w sali do tańca. Najpierw lekka rozgrzewka, potem mostki, szpagaty itp. Dopiero kilka lat temu zainteresowałam się pasją Rosemare - wcześniej nie uprawiałam żadnego sportu prócz jeździectwa, jazdy na rowerze i jazdy na nartach. Czasem też pływałam albo szłam na ściankę wspinaczkową, ale żadnej z tych rzeczy (bez jeździectwa) nie poświęcałam zbyt dużej uwagi. Postanowiłam poćwiczyć jeszcze stanie na rękach oraz ,,gwiazdę". Wyszłam z wprawy, już bardzo dawno nie trenowałam.
- Nie dotrzymuję ci kroku - powiedziałam wstając. - Poćwicz teraz sama, a ja pójdę poczytać - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Ty leniuszku - pogroziła mi palcem, ściągając nogę zza głowy. Wystawiłam jej język i pobiegłam do salonu. Wzięłam z blatu jeden z numerów ,,Gallopu" i ruszyłam na taras. Usiadłam w jednym w wygodnych wiklinowych krzeseł i wyciągnęłam nogi. Ptaki przyjemnie ćwierkały, a wiatr szumiał w koronach drzew. Było tu naprawdę uroczo. Zauważyłam, że Gaja liże namiętnie lizawkę, i postanowiłam ją jej zabrać. Gdy ruszyłam na pastwisko, zobaczyłam, że coś przykuło uwagę kucyka. Postawiła uszy i truchtem podbiegła za krzaki. Poszłam za nią, a tam... kot! Puszysty, kremowy kocur.
- Dalej, dalej! - usłyszałam zza ścian.
- Za dzisiaj to tyle! - odpowiedziałam ze śmiechem. Chwilę później byłam już koło Rose. Przebierała sobie właśnie spodnie - na te luźne, do tańca.
- Będziesz ćwiczyć? - zapytałam opierając się o framugę drzwi, mimo, że wiedziałam jak będzie odpowiedź.
- Tak, chcesz ze mną? - odpowiedziała z uśmiechem.
- Mogę ci chwilę towarzyszyć. Lecę się przebrać - powiedziałam i wróciłam z powrotem do pokoju. Zarzuciłam na siebie luźne alladynki i bawełniany, obcisły podkoszulek. Spotkałyśmy się w sali do tańca. Najpierw lekka rozgrzewka, potem mostki, szpagaty itp. Dopiero kilka lat temu zainteresowałam się pasją Rosemare - wcześniej nie uprawiałam żadnego sportu prócz jeździectwa, jazdy na rowerze i jazdy na nartach. Czasem też pływałam albo szłam na ściankę wspinaczkową, ale żadnej z tych rzeczy (bez jeździectwa) nie poświęcałam zbyt dużej uwagi. Postanowiłam poćwiczyć jeszcze stanie na rękach oraz ,,gwiazdę". Wyszłam z wprawy, już bardzo dawno nie trenowałam.
- Nie dotrzymuję ci kroku - powiedziałam wstając. - Poćwicz teraz sama, a ja pójdę poczytać - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Ty leniuszku - pogroziła mi palcem, ściągając nogę zza głowy. Wystawiłam jej język i pobiegłam do salonu. Wzięłam z blatu jeden z numerów ,,Gallopu" i ruszyłam na taras. Usiadłam w jednym w wygodnych wiklinowych krzeseł i wyciągnęłam nogi. Ptaki przyjemnie ćwierkały, a wiatr szumiał w koronach drzew. Było tu naprawdę uroczo. Zauważyłam, że Gaja liże namiętnie lizawkę, i postanowiłam ją jej zabrać. Gdy ruszyłam na pastwisko, zobaczyłam, że coś przykuło uwagę kucyka. Postawiła uszy i truchtem podbiegła za krzaki. Poszłam za nią, a tam... kot! Puszysty, kremowy kocur.

Leżał jak gdyby nigdy nic w trawie i leniwo machał ogonem. Popatrzył niedbale na przyglądającemu mu się kucyka, oraz na mnie. Zamiauczał żałośnie, wstał i otarł mi się o nogę.
- Co ty kocie? - zapytałam schylając się i głaskając głaskając go między uszami. - Głodny jesteś, co? Chcesz szynki czy czegoś? - ruszyłam po kawałek kurczaka do domu. Kot ruszył za mną z ogonem i głową wysoko w górze. Gdyby nie futro, przypominałby mi zapewne dumnego araba.
- Tylko nie właź za mną do domu! Możesz mieć pchły! - pogroziłam mu palcem. Kocur za nic miał moje groźby i śmiało wszedł za mną do salonu. W sumie nie wyglądał jak typowy dachowiec. Miał czystą, zadbaną sierść i żywe oczy. Nie wyglądał również na zagłodzonego ani wymizerniałego. Otworzyłam lodówkę.
- Boczek vel szynka? - zapytałam patrząc na niego. Nie było z jego strony odzewu. Był zbyt zajęty przeglądaniem się w blacie. Wyjęłam więc plastikową miseczkę i dałam do niej kilka plasterków szynki oraz pokrojony boczek. Położyłam jedzenie na podłodze, a kot ochoczo wziął się do jedzenia. Starannie ominął jednak szynkę i zeżarł sam boczek.
- Ale jesteś kapryśny - rzuciłam w jego stronę robiąc sobie kanapkę z resztą boczku. Zwierzę oblizało się i popatrzyło na mnie wyczekująco.
- Co? Chyba nie myślisz, że zostaniesz tu na dłużej dzikusie? - powiedziałam rzucając mu kawałek mięsa. Widać zasmakowało mu. Zupełnie nagle do kuchni wpadł Syriusz. W tej samej chwili zamarłam. Co, jeśli pies zagryzie kota?! Syriusz wyszczerzył kły, a kot syknął i wystawił z poduszek pazury.
- Hau! - usłyszałam tylko, po czym kot machnął ostrzegawczo łapą. Nie zastanawiając się, co robię, porwałam go na ręce. Kot wyśmignął mi się jednak, i wlazł na moje ramiona. Tam umościł się wygodnie i syknął jeszcze raz w stronę yorka. Pies ze skowytem ruszył do salonu, a stamtąd schodami do Rose. Ta, słysząc piski zwierzęcia, wyłączyła muzykę dobiegającą z góry.
- Roza! Co się tam dzieje?! - krzyknęła, a ja usłyszałam jak bierze psa na ręce i schodzi na dół.
- Zupełnie nic - wzruszyłam ramionami, na których nadal siedział kocur.
- Co to za bydlę? - zapytała podejrzliwie moja przyjaciółka.
- Wlókł się po ogrodzie. Postanowiłam go dokarmić, a on przyczłapał tutaj za mną. Biedny kotek, był tak głodny, ze zjadł cały boczek!
- Biedny kotek? Serio w to wierzysz? - zapytała z powątpiewaniem Rose.
- Nie - uśmiechnęłam się próbując ściągnąć kota. Siedział tam jak przyklejony. - Złaź! - krzyknęłam usiłując go zrzucić. Syriusz nadal skowyczał.
- Cicho, cicho! - skarciła go. - Jak widzę przyczepił się do ciebie na dobre - roześmiała się Rose.
- Lepiej mi pomóż - rzuciłam potrząsając głową. Gdy Rose zbliżyła się z Syriuszem, kot przylepił się jeszcze mocniej. - Najpierw odstaw Syriusza! - rzuciłam jeszcze. Gdy Rose odstawiła psa do łazienki, kot sam ze mnie zeskoczył.
- Nigdy więcej tego nie rób! - pogroziłam mu. Nic a nic się tym nie przejął i zaczął drapać pazurami o drewnianą szafkę. - Nie! Nie wolno drapać! - wzięłam go pod brzuch i wyniosłam na taras. - Tu sobie buszuj, ile chcesz!
- No, nie bądź już taka brutalna - wyszczerzyła się Rose.
- Daj spokój - otrzepałam spodnie. Nie mogłam brać do domu każdego napotkanego na swojej życiowej drodze kota. Niestety. - Sio! Psik! Uciekaj! - mówiłam wykonując odpychający gest rękoma. Kot usiadł i popatrzył na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Zrobił zupełnie tak, jak ten kot ze Shrek'a.
- Nie utrudniaj! - powiedziałam ostrzegawczo zupełnie jak ten facet-Zorro w reklamie Orbita.
- Co wy? Sztukę odgrywacie? - parsknęła śmiechem Rose. Westchnęłam. ZAWSZE marzyłam o kocie. Również ZAWSZE towarzyszyły temu dwa powody, dla których kota miałam nie posiadać:
1. Moja matka miała alergię na kocią sierść.
2. Byłam zbyt ,,nieodpowiedzialna", żeby kotkiem się zaopiekować.
Lecz skoro mieszkam z przyjaciółką, a rodzice podarowali mi dom i konia, to chyba byłam wystarczająco ,,dorosła" oraz ,,odpowiedzialna", aby podjąć się opieki nad mniejszym futrzakiem? Ponowiłam westchnięcie. Kot jednak podjął decyzję. Powolutku wstał, obrócił się i ze zwieszonym pyskiem ruszył przed siebie.
- Van Gladius - powiedziałam cicho.
- Hm? - chrząknęła moja przyjaciółka.
- Pasowałoby do niego - mruknęłam, zabrałam ze stolika ,,Gallop", który wcześniej przytargałam i weszłam do salonu.
- No, nie bądź już taka brutalna - wyszczerzyła się Rose.
- Daj spokój - otrzepałam spodnie. Nie mogłam brać do domu każdego napotkanego na swojej życiowej drodze kota. Niestety. - Sio! Psik! Uciekaj! - mówiłam wykonując odpychający gest rękoma. Kot usiadł i popatrzył na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Zrobił zupełnie tak, jak ten kot ze Shrek'a.
- Nie utrudniaj! - powiedziałam ostrzegawczo zupełnie jak ten facet-Zorro w reklamie Orbita.
- Co wy? Sztukę odgrywacie? - parsknęła śmiechem Rose. Westchnęłam. ZAWSZE marzyłam o kocie. Również ZAWSZE towarzyszyły temu dwa powody, dla których kota miałam nie posiadać:
1. Moja matka miała alergię na kocią sierść.
2. Byłam zbyt ,,nieodpowiedzialna", żeby kotkiem się zaopiekować.
Lecz skoro mieszkam z przyjaciółką, a rodzice podarowali mi dom i konia, to chyba byłam wystarczająco ,,dorosła" oraz ,,odpowiedzialna", aby podjąć się opieki nad mniejszym futrzakiem? Ponowiłam westchnięcie. Kot jednak podjął decyzję. Powolutku wstał, obrócił się i ze zwieszonym pyskiem ruszył przed siebie.
- Van Gladius - powiedziałam cicho.
- Hm? - chrząknęła moja przyjaciółka.
- Pasowałoby do niego - mruknęłam, zabrałam ze stolika ,,Gallop", który wcześniej przytargałam i weszłam do salonu.
***
Tej nocy każda z nas była w swoim łóżku, ale i tak do północy jak jakieś nienormalne pisałyśmy do siebie sms-y... Rano wczesna pobudka, byłam nauczona wstawać o 5, 6 nad ranem. Rose smacznie sobie chrapała, toteż zostawiłam ją w tym błogim stanie, a sama poszłam zrobić śniadanie. Wraz z płatkami z mlekiem poszłam na taras, gdzie chciałam je skonsumować. Zostawiłam je dosłownie na chwilę, tylko po to, aby pójść po więcej płatków. Gdy wróciłam, ani mleka, ani płatków nie było. Był tylko gruby, kremowy kocur z kropelkami mleka na wąsach. Oniemiałam.
- Van Gladiusie, zeżarłeś moje śniadanie! - obrzuciłam go. Kochany kot. Zeskoczył ze stoliku i otarł się o moje nogi. - Coś takiego - rzuciłam czule drapiąc go za uchem. Teraz nie mogłam go już porzucić. Dobrze się nim zaopiekuję. Pełna zadowolenia i zdecydowania, wzięłam zwierzę na ręce, i weszłam do domu, zupełnie zapominając o śniadaniu...
- Van Gladiusie, zeżarłeś moje śniadanie! - obrzuciłam go. Kochany kot. Zeskoczył ze stoliku i otarł się o moje nogi. - Coś takiego - rzuciłam czule drapiąc go za uchem. Teraz nie mogłam go już porzucić. Dobrze się nim zaopiekuję. Pełna zadowolenia i zdecydowania, wzięłam zwierzę na ręce, i weszłam do domu, zupełnie zapominając o śniadaniu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz