Po skończeniu oglądania dołu skierowałyśmy się na taras. Stały na nim krzesła wiklinowe, stoliczek z szklaną szybką. Wszystko w odcieniu ciemnego brązu.
W ogrodzie stała też fontanna z obrazami greckich bogów olimpijskich. Na samym szczycie była Wielka Trójka: Zeus, Hades i Posejdon, a naokoło nich była reszta bogów, Ares, Apollo, Artemida, Hefajstos... Za sadem składającym się z trzech jabłoni, dwóch gruszek, po jednej czereśni, wiśni i śliwki, czterech krzakach porzeczki i malin była mini grządka. Ogórki, pomidory, papryka, marchewki, rzodkiewki... Wszystko co dobre.
- Hahahahahaha - zaśmiałam się. - Jestem ciekawa kto o to będzie dbał i zbierał.
- Chyba nie myślisz, że wszystko zwalisz na mnie?!
- Ja potrafię kaktusa zabić! To jest nie możliwe, a mi się udało!
- Nie będę tu robić wszystkiego!
- No dobra, w sadzie ci pomogę że zbieraniem, ale grządką ty się zajmujesz. Chcesz chyba coś jeść - powiedziałam po czym poszłam dalej.
Za stajnią znajdował się mały wybieg dla koni oraz wielkie pastwisko. Na środku łąki było ogromne drzewo z dwiema huśtawkami. Szybko podbieglysmy do nich i zaczełyśmy się huśtać.
- Która dalej skoczy?! - spytałam.
- Ok.
- I tak wygram! Trzy!
- Dwa!
- Jeden!
I wyskoczyłyśmy. Lądując wpadłyśmy na siebie i przeturlałyśmy.
- Haha! Dalej skoczyłam!
- Nie fair! Przeturlałaś się tam, a nie skoczyłaś!
- I co z tego?! Wygrałam! Zachowujemy się jak dzieci - wybuchłyśmy śmiechem.
Nasze śmiechy przerwał dzwonek mojego telefonu, ktoś do mnie dzwonił. Zostawiłam Rozę na ziemi i poszłam odebrać.
- Halo.
- Cześć, Rose - usłyszałam w słuchawce. - Dzień dobry - to była mama Rozalii.
- Dzwoniłam do Rozalii, ale nie odbierała, a chciałam wam powiedzieć, że będziemy jutro koło południa. Żebyśmy nie pocałowali klamki.
- Niech się pani nie boi, nigdzie nie pójdziemy.
- Mam nadzieję. Pa, Rose.
- Do widzenia.
Gdy wróciłam Roza huśtała się lekko.
- Kto dzwonił? - spytała.
- Twoja mama.
- Co chciała?
- Powiedzieć, że będą koło południa i nie chcą pocałować klamki.
- Czemu do ciebie?
- Bo ty nie odbierałaś...
- No tak, mój telefon jest w kuchni.
Opadłam obok niej na huśtawkę.
- Syriuszowi by się tu podobało. Tęsknię za nim.
- Wczoraj go widziałaś - zaśmiała się.
- Ja go wszędzie że sobą biorę... Nie pamietam, kiedy ostatnio na tak długo się rozstaliśmy.
- Oj przeżyjesz. Przejadą za niedługo. Spodoba im się tu.
- To co idziemy do stajni?
_______________________________________________________________________________
- Pewnie - skinęłam głową. Nie obejrzałyśmy jej dokładnie na samym początku. Prawdę mówiąc, nadal nie oglądnęłyśmy wszystkiego dokładnie. Stajni nie było widać z zewnątrz. Była skryta za drzewami, w jednej z części ogrodu. Drzewa na szczęście nie były zanatto wysokie, toteż z okien naszych pokoi widać było wybieg, stajnię i sporą część pastwiska. Elewację miała koloru żółtego, dachówki natomiast - brązowego. Przy ścianie stały dwie brązowe ławki i jakieś dziwne koło od wozu. Dookoła wyłożona była kolorowa kostka. Przynajmniej nie będzie nam zagrażała mokra ziemia, błoto i w efekcie głębokie, bagniste ruchome piaski. Widać boksy miały dwoje drzwi - od środka, i na zewnątrz. Te na zewnątrz były tyle rewelacyjne, że mogłyśmy otworzyć je od góry, dołu, albo całe - w zależności od tego, czy chcemy konie wyprowadzać, czy tylko przewietrzyć stajnię.
- Fajne rozwiązanie - stwierdziła Rose.
- Cały czas będziemy mogły na obserwować co się u nich dzieje - uśmiechnęłam się.
- Rodzice pomyśleli o wszystkim!
- Mimo, że w życiu nie siedzieli na koniu - roześmiałyśmy się i weszłyśmy głównymi drzwiami. Chociaż powinnam stwierdzić ,,jednymi z głównych drzwi", bo od korytarza drzwi było dwoje. W środku proste, białe ściany, ale drzwi boksów odporne i wytrzymałe, a zarazem lekkie i proste, aby wytrzymały napady szału koni i jednocześnie zapewniały stu procentową funkcjonalność przy otwieraniu i takich tam. Dodatkowo, przy każdym boksie było zawieszone wysoko spore okno, które dawało koniom mnóstwo światła. W niektórych miejscach wisiały nasze zdjęcia na koniach i z końmi - więcej zdjęć było akurat Rose. No cóż, ja nie jestem zbyt fotogeniczna. Znalazłam jednak jedno zdjęcie, które mnie wzruszyło.
Była na nim Nora. Moja pierwsza, końska nauczycielka. Uczyła mnie od samego początku, to na niej spędziłam pierwsze chwile w siodle. Była jednak starą nauczycielką... Umarła po 5 latach. Miałam wtedy jedenaście lat i byłam do niej mocno przywiązana. Bardzo przeżyłam jej śmierć. Ta kara, wielkopolska klacz była mi okropnie bliska... A teraz patrzyła na mnie ze ściany jak gdyby nigdy nic, niemo rżąc ,,- Co się tak patrzysz? Życie toczy się dalej!"
Ledwo powstrzymałam się od płaczu.
- O - powiedziała tylko Rose, patrząc tam gdzie ja. Uczyłyśmy się jeździć w tej samej stajni, dobrze znała Norę i wiedziała, co się z nią stało. Widząc mój wyraz twarzy, przytuliła mnie mocno. Uwielbiałam ją za to wyczucie.
- Zdjąć to? - zapytała troskliwie.
- Nie, jestem wdzięczna rodzicom, że ją tu powiesili. Bardzo wdzięczna - z trudem się uśmiechnęłam. - Chodźmy dalej. - rzekłam twardo. Zajrzałyśmy do następnych drzwi. Pierwszym pomieszczeniem okazała się paszarnia z kilkoma wiązkami siana zniesionymi ze strychu, owsem, i różnymi suplementami diety dla koni. Był też kran, a pod nim trzy wiadra. I 10 kg smaczków!
- Zapas na pół roku! - orzekłam.
- No nie wiem, z Gają w ciągu miesiąca zrobi się tu pusto - roześmiała się Rose, a ja jej zawtórowałam. Gaja to potworny łakomczuch! Były tu nawet miarki i lekarstwa na podstawowe i powszechne końskie choroby. Na ścianie wisiała kartka od weterynarza jakimi porcjami powinnyśmy karmić naszego kucorka. Następnym wnętrzem okazała się siodlarnia z wieszakami na siodła, ogłowia, kantary, uwiązy i inne. Jak rodzice napisali, było tu tylko stare, rozlatujące się siodło, dwa kantary z rynku, liche wodze, wędzidło i bury czaprak. A, no i szczyt szczodrości - dwa uwiązy, czyli liny z piwnicy mojego dziadka, które miały je imitować... Z takim sprzętem daleko nie zajedziemy na oprowadzankach...
- To pomieszczenie podoba mi się zdecydowanie najmniej - rzuciłam. Miałyśmy jakieś tam mizerne części swojego sprzętu, ale na pewno nie zamierzałyśmy niszczyć go na Gaji.
- Mnie też - mruknęła Rose. Wiedziałam, że spodziewała się swojego własnego sprzętu. Ale mówi się trudno.
- Heeej, mamy chociaż dom - zamrugałam oczami i zatrzepotałam rękami nad głową.
- Pewnie! - roześmiała się moja przyjaciółka. Ona nieustannie się śmiała! ,,Śmiech to zdrowie", więc ona będzie żyć wiecznie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz