Muzyka

piątek, 22 sierpnia 2014

Od Rozalii

- Która godzina?! - poderwałam się z pytaniem na ustach. Obudziłam przy okazji Rosemare.
- Co? - wybełkotała.
- Dziesiąta! - złapałam się za głowę. - O której mieli przyjechać rodzice?!
- Myślę, że koło południa - powiedziała ziewając. 
- Przecież nie zdążymy ogarnąć całej chałupy! Wstaaawaj! - krzyknęłam i szybko zgramoliłam się z kanapy.
- Cholera, czemu akurat dzisiaj? - Rose tak jak ja przed sekundą, złapała się za głowę. W piżamie pobiegłam prędko wyprowadzić Gaję na pastwisko i nalać jej świeżej wody. Gdy wracałam, rozdzwonił się mój telefon. ,,Mama" - wyświetliło się na ekranie.
- Cześć kochanie! Już do Was jedziemy, powinniśmy być około wpół do dwunastej.
- Super, naprawdę się cieszymy - starałam się brzmieć jak najbardziej przytomnie. 
- A, i przekaż Rose, że jej rodzice jadą za nami, albo nie, nie mów, zrobią jej niespodziankę! - powiedziała wesoło.
- Okej, dobrze. Wiesz, ja muszę kończyć, to do zobaczenia! - powiedziałam szybko i rozłączyłam się. 
- Kto dzwonił? - zapytała Rose.
- Mama. Kazała nie mówić, że twoi rodzice jadą za moimi, chcą ci zrobić niespodziankę i będą za półtorej godziny! - krzyknęłam z góry. Usłyszałam tylko gromkie ,,AHA!" i tupot stóp na schodach. Musiałyśmy się błyskawicznie ogarnąć. Co by pomyśleli rodzice, gdyby zastali nas w tych pogniecionych ubraniach i potarganych włosach?! Grzebiąc w torbie zdecydowałam się na najmniej pomiętą, kwiatową, niezobowiązującą sukienkę z kołnierzykiem i białe baleriny. Moim rodzicom najbardziej podoba się prostota i elegancja. Rose ubrała różową spódniczkę, koronkową bluzkę i jeansową kurtkę. 
Po zarzuceniu na siebie czegoś odpowiedniego, rzuciłyśmy się do łazienek. Szybko opłukałam sobie twarz i zrobiłam leciutki makijaż. Potem rozczesałam włosy, zaplotłam warkocza i upięłam go w zgrabnego koka. Ostatecznie wpięłam sobie uroczą kokardkę w kwiatki. Nie przepadałam za takim marnowaniem czasu, ale na rodzicach trzeba zrobić jak najlepsze wrażenie. 10.30! Zleciałam do kuchni w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się na podanie jako poczęstunek. Po chwili również Rose się do mnie przyłączyła. 
- Pełna lodówka, a nie ma czego podać! - jęknęłam.
- Będzie z nami krucho... jest chociaż kawa? - zapytała Rose, a ja znalazłam opakowanie orzechowej kawy. Kiedy chciałam jej podać torebkę, moją uwagę przykuły pysznie wyglądające babeczki z tyłu opakowania.
- Hej! - krzyknęłam olśniona. - Z tyłu jest przepis na ,,błyskawiczne muffiny"! 
- Faktycznie - przytaknęła mi Rose. - Zobaczmy, czy mamy wszystkie składniki. 
- Mąka, jajka, cukier, mleko, proszek do pieczenia, kawa... - wymieniałam czytając przepis. To nie może być trudne! - zabrałam się za gromadzenie wszystkich rzeczy. Rose znalazła nawet posypki i krem do dekoracji ciastek!
Dzięki dobrej organizacji, szybko uwinęłyśmy się ze zrobieniem ciasta. Gdy moja przyjaciółka wlewała ciasto do foremek, ja włączyłam wodę na kawę. Z racji, że było ciepło, rodziców postanowiłyśmy ugościć na tarasie. Przetarłam więc szmatką niewielki stolik, postawiłam na nim wazon, po czym urwałam kilka kwiatów z ogrodu. 
- No i jak uroczo - rozczuliła się Rose.
- Jak ogarnąć wszystko w półtorej godziny? - zaśmiałam się. Rodzice mieli przyjechać dopiero za dwadzieścia minut, toteż poszłyśmy sprawdzić, co tam u Gai. Jako, że nie było na razie żadnych innych koni, musiałyśmy zastąpić jej końskich towarzyszy. Klaczka spokojnie skubała sobie trawę. 
- W paszarni była chyba lizawka na podnóżku, o ile się nie mylę? - zapytałam Rose.
- Tak, chodźmy po nią! - orzekła dziewczyna po czym ruszyłyśmy do paszarni. Po chwili targałyśmy wielki blok soli z witaminami. Położyłyśmy ją na samym środku pastwiska. Nasza klaczka z zainteresowaniem podeszła do nowego przedmiotu. Najpierw niepewnie obwąchała, a potem z zamiłowaniem zaczęła obgryzać.
- Spokojnie, koleżanko! - uśmiechnęłam się.
- Trzeba jej będzie zabierać od czasu do czasu - powiedziała Rose.
- Tak, inaczej nie zje ani kęska trawy - kiwnęłam głową. Gdy wracałyśmy do domu, usłyszałyśmy dzwonek i poczułyśmy smród spalenizny. Rose pobiegła otworzyć drzwi, a ja rzuciłam się do kuchni. Jednym ruchem wyłączyłam piekarnik i otworzyłam okno. Zdjęłam też czajnik z ognia, gdyż woda zaczęła się gotować. Popsikałam pomieszczenie odświeżaczem powietrza, ale i tak czuć było spalone babeczki. Wyjęłam je pośpiesznie i pobiegłam przywitać rodziców. Usłyszałam... szczekanie psa! To rodzice Rose przywieźli jej Syriusza. Gdy szli na taras, szepnęłam Rose do ucha:
- Zajmij się nimi, a ja spróbuję uratować te muffiny! - syknęłam, i na głos zapytałam się miło, czy ktoś nie chce kawy. Pani Dark i mój tata wyrazili taką chęć. Wróciłam więc do kuchni, podczas gdy Rosemare zagadywała dorosłych.
Jakimś cudem uratowało się kilka babeczek, które odłożyłam na srebrną tackę. Wzięłam jeszcze dwie - w prawdzie przypalone, ale dla mnie i Rose będą. Oblałam wszystko obficie czekoladowym sosem i posypałam kolorową posypką. Wyglądały całkiem nieźle. Do wysokich szklanek nasypałam także kawy, dodałam wody i śmietanki, a cukier zostawiłam osobno. Położyłam wszystko na tacy i zaniosłam na taras. Całe towarzystwo było w wyśmienitym humorze - widać Rose umie zabawić ludzi!
- Uprzejmie proszę - uśmiechnęłam się kładąc tackę na stoliku. Kątem oka zauważyłam, jak Rose z uśmiechem głaszcze swojego pupila. 
- O! Nie wiedziałam, że umiecie piec - roześmiała się moja mama biorąc tą najbardziej spaloną babeczkę - jedną z tych, która była przeznaczona dla mnie i mojej przyjaciółki. 
- Tą może ja wezmę, mamo - szybo wyjęłam jej z ręki ciastko, podsuwając jedno z lepszych. - A tą weź ty, Rose - uśmiechnęłam się do niej głupkowato.
- No, może ja też skosztuję tych waszych wypieków? - zapytał pan Dark sięgając po smakołyk. Po chwili każdy trzymał w ręku coś do zjedzenia. Za plecami mamy pokazałam Rose, żeby nie jadła swojej porcji. Zdziwiona ugryzła tylko od góry, tam gdzie było najwięcej polewy. 
- Pycha - powiedziała unosząc kciuk do góry.
- No, no, kawał dobrej roboty - uśmiechnął się mój tata.
- Cieszymy się, że wam smakuje - roześmiałam się, niewidocznie upuszczając swoją babeczkę w krzaki. Rose prawie pękła śmiechem, ale zrobiła to samo. 
Kryzys zażegnany! 
- Mówicie, że już się zagościłyście na dobre? - rozpoczął rozmowę tata Rose.
- Tak, ten dom, stajnia... to wszystko jest cudowne! - powiedziałam z entuzjazmem.
- Dokładnie! Postaraliście się - uśmiechnęła się Rose, a dalsza rozmowa jakoś sama się potoczyła. Na koniec rodzice zerknęli jeszcze do Gai, i orzekli, że następna wizyta za dwa tygodnie. 
- Opiekuj się tym Syriuszem! - powiedziała pani Dark gdy wsiadała do samochodu.
- Pewnie, dziękuję wam, że jednak zdecydowaliście się mi go przywieźć! - uśmiechnęła się Rose od ucha do ucha, trzymając yorka na rękach.
- Nie ma za co córciu, przecież jesteś odpowiedzialna! - mrugnęła jej mama, i odjechali. Odetchnęłam z ulgą.
- Udało się! - krzyknęłyśmy i przybiłyśmy pięć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz