Gdy przestałyśmy piszczeć, weszłyśmy przywitać się z Gają. Wyciągnęłam rękę przed siebie, a ta podeszła śmiało, szukając na niej czegoś. Zobaczywszy, że nic na niej nie mam, poszła do Rozy.
- Cześć słodka - przywitała się. - Chcesz coś? - zapytała. Wyciągnęła z kieszeni smakołyk dla koni o smaku jabłkowym i podała jej go, a ta zjadła ochoczo.
- Po co ci smakołyki dla koni w spódnicy?!
- Nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja poczęstowania konia - zaśmiała się.
- Daj jednego - poprosiłam. Ugryzłam kawałek dla siebie, a resztę dałam Gaji, po czym ucałowałam ją w pyszczek.
- Chodźmy oglądnąć dom - pociągnęłam Rozę za rękę.
***
Zwiedzanie zaczęłyśmy od góry. Na długiej ścianie było troje drzwi, a na dwóch widniała plakietka z imieniem. Po prawej był pokój Rozalii. Jasny, duży z wielkim oknem, toaletką i miękkim, dwuosobowym łóżkiem. Środkowe drzwi prowadziły do dość dużej, zrobionej z ciemnych szafek garderoby. Ostatnie na tej ścianie prowadziły do mojego pokoju. Czarny, biały, czerwony kolor, dość duże łóżko, szafki na książki, dwa okna, zgrabne biureczko z lampką, ramki na zdjęcia, wszystko co mi potrzebne. Wychodząc z mojego pokoju po prawej stronie znajdują się drzwi do łazienki w czarno-białym kolorze z fioletowymi dodatkami. Po przeciwnej stronie korytarza jest sala do tańca. Duża, przestronna, z wielkim lustrem i oknami wydawało się, że jest wszystko, ale niestety nie i będę musiała to zabrać z domu następnym razem.
- To co, idziemy oglądać dół? - spytałam Rozy.
- Jasne - powiedziała, więc zeszłyśmy na parter.
_______________________________________________________________________________
Zbiegłyśmy lekko po drewnianych, jasnych schodach. Słychać było tylko plaskanie naszych stóp. Na ścianie wzdłuż schodów były powieszone urocze, czarno-białe zdjęcia z naszego dzieciństwa. My w jednym wózku, my kłócące się o misia, my sypiące sobie pisakiem we włosy, my podczas pierwszego dnia w przedszkolu, kiedy to wpychamy lalkę do plastikowego piekarnika... Wszystko doprawione ślicznymi, kremowymi ramkami wyglądało przecudownie! Na dole schodów okres 0-3 lata, u nieco wyżej 4-6.
- Patrz! Z tą kokardką wyglądałaś słodko - powiedziała Rose wskazując palcem na jedno ze zdjęć.
- Albo ty tutaj! - tym razem ja popatrzyłam na jedną z fot, na której umaziana Rose jadła czekoladowego loda. Zachwycone ruszyłyśmy do kuchni. Nie było do niej drzwi - od przestronnego holu z wieszakami na ubrania i lustrem bezpośrednio wchodziło się do środka. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś wyrąbał całą ścianę.
Kuchnia była duża, dobrze oświetlona i kompletnie wyposażona. Przeważały tu kolory biel oraz brązowe drewno, ale dodatki, wykończenia i blaty były czarne. Przez ogromne okno wpadało mnóstwo światła. Gdy zajrzałyśmy do szafek, okazało się, że rodzice zrobili po prostu przegląd swoich sprzętów kuchennych i oddali nam swoje niepotrzebne graty. Jako, że miałam tylko dorosłą siostrę, a moja przyjaciółka tylko malutką, spokojnie mogli oddać nam po kilka sztućców czy szklanek. Lodówka również była cała zapełniona. Od góry - do dołu. Było tu wszystko! Rodzice napisali tylko:
- Patrz! Z tą kokardką wyglądałaś słodko - powiedziała Rose wskazując palcem na jedno ze zdjęć.
- Albo ty tutaj! - tym razem ja popatrzyłam na jedną z fot, na której umaziana Rose jadła czekoladowego loda. Zachwycone ruszyłyśmy do kuchni. Nie było do niej drzwi - od przestronnego holu z wieszakami na ubrania i lustrem bezpośrednio wchodziło się do środka. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś wyrąbał całą ścianę.
Kuchnia była duża, dobrze oświetlona i kompletnie wyposażona. Przeważały tu kolory biel oraz brązowe drewno, ale dodatki, wykończenia i blaty były czarne. Przez ogromne okno wpadało mnóstwo światła. Gdy zajrzałyśmy do szafek, okazało się, że rodzice zrobili po prostu przegląd swoich sprzętów kuchennych i oddali nam swoje niepotrzebne graty. Jako, że miałam tylko dorosłą siostrę, a moja przyjaciółka tylko malutką, spokojnie mogli oddać nam po kilka sztućców czy szklanek. Lodówka również była cała zapełniona. Od góry - do dołu. Było tu wszystko! Rodzice napisali tylko:
,,Oto Wasze zapasy. W przyszłości jedzenie będziecie kupować sobie same. Możecie pocieszać się tym, że w ogrodzie jest sad z owocami oraz grządki z warzywami. Wystarczy o to dbać. Jajka, mleko, mąkę czy śmietanę będziecie dostawać za darmo od sąsiadów z farmy, o ile czasem pomożecie im w gospodarstwie."
- Chociaż tyle - westchnęłam.
- Szykuje się ciężka harówa... - uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- Damy radę!
- Tak, damy radę! - zaśmiewając się przybiłyśmy piątkę. ,,Inaczej wylatujemy: żegnajcie własne konie, żegnaj własny domku! A z rodzicami nie rozstaniemy się do trzydziestki... Ale przecież nic takiego nie będzie miało miejsca... Prawda?" - pomyślałam realistyczno-pesymistycznie. Tak to miałam w zwyczaju. To Rose była od optymistycznego nastawienia. Uzupełniałyśmy się nawzajem: ona mnie podbudowywała w trudnych chwilach, ja ściągałam ją do smutnej rzeczywistości gdy za bardzo odleciała w marzenia. Przeszłyśmy do salonu. Był ... boski. Bardzo jasny i przytulny. Posiadał wszystko co potrzebne: mięciutką sofę i fotele, szeroki stolik, telewizor plazmowy, elektryczny kominek, efektowne dodatki... Byłam zachwycona! Do tego trzy najnowsze numery naszego ulubionego czasopisma: Gallopu. Przysięgłam sobie, że będę tam kiedyś pracować... Została nam jeszcze tylko parterowa łazienka. Gdy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że to tam będę się najczęściej myć. Biało-szara, z niebieskimi kafelkami. Cudowna! U góry były kosmetyki Rose, tutaj będą znajdować się wszystkie moje!
- U lala - powiedziałam usiadając na kibelku.
- Niezła. Ale i tak bardziej podoba mi się górna - wyszczerzyła zęby moja przyjaciółka.
- To mamy jeden problem z głowy - roześmiałam się. Wyszłyśmy z łazienki i nasze kroki skierowałyśmy na taras.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz