Muzyka

sobota, 30 sierpnia 2014

Od Rozalii

- Pewnie - przytknęłam. Nie przepadałam za niezapowiedzianymi odwiedzinami, nawet jeśli były miłą niespodzianką. To okropnie wybijało z rytmu. 
- Nie zostało nam wiele rzeczy, zaraz się z tym uwiniemy - uśmiechnęła się Rosemare. W rzeczywistości - zostały nam tylko walizki przywiezione przez rodziców, czyli z rzeczami osobistymi. Zawlekłam swoją walizę do pokoju i wyjęłam z niej wszystkie książki, sprzęt fotograficzny, zeszyty, flet, nuty, pierdółki... Po wyłożeniu przedmiotów, mój pokój przestał wyglądać tak idealnie. Słyszałam przez ścianę jak Rose krząta się w swoim pomieszczeniu. Podśpiewywała sobie chyba coś pod nosem. Rytmiczna melodia natchnęła mnie do złożenia fletu. Kupiłam go za własne pieniądze, i był używany. Poprzednia właścicielka jednak o niego dbała, więc nie był mocno sponiewierany. Dawno nie grałam, toteż na próbę zagrałam gamę c-dur. Wyszła dobrze, więc przeszłam do następnych ćwiczeń. W rodzinnym mieście, w dzieciństwie chodziłam do szkoły muzycznej, i to dobre trzy lata. Później straciłam jakoś ochotę do ćwiczeń i uczęszczania na zajęcia. Dalej uczyłam się sama. Znaczy... w miarę moich możliwości. Naprawdę długo już nie grałam. Lubiłam to jednak. Niskie dźwięki wydobywające się z instrumentu zawsze mnie uspokajały i napełniały zadowoleniem. Po chwili zagrałam popularną melodię ,,He's a Pirate" z ,,Piratów z Karaibów". Był to jeden z moich ulubionych filmów. Następnie kilka równie popularnych melodii typu ,,Can You Feel The Love Tonight" z ,,Króla Lwa". Na koniec dwie wysokie gamki, i odłożyłam flet. 
- Dalej, dalej! - usłyszałam zza ścian.
- Za dzisiaj to tyle! - odpowiedziałam ze śmiechem. Chwilę później byłam już koło Rose. Przebierała sobie właśnie spodnie - na te luźne, do tańca.
- Będziesz ćwiczyć? - zapytałam opierając się o framugę drzwi, mimo, że wiedziałam jak będzie odpowiedź.
- Tak, chcesz ze mną? - odpowiedziała z uśmiechem.
- Mogę ci chwilę towarzyszyć. Lecę się przebrać - powiedziałam i wróciłam z powrotem do pokoju. Zarzuciłam na siebie luźne alladynki i bawełniany, obcisły podkoszulek. Spotkałyśmy się w sali do tańca. Najpierw lekka rozgrzewka, potem mostki, szpagaty itp. Dopiero kilka lat temu zainteresowałam się pasją Rosemare - wcześniej nie uprawiałam żadnego sportu prócz jeździectwa, jazdy na rowerze i jazdy na nartach. Czasem też pływałam albo szłam na ściankę wspinaczkową, ale żadnej z tych rzeczy (bez jeździectwa) nie poświęcałam zbyt dużej uwagi. Postanowiłam poćwiczyć jeszcze stanie na rękach oraz ,,gwiazdę". Wyszłam z wprawy, już bardzo dawno nie trenowałam. 
- Nie dotrzymuję ci kroku - powiedziałam wstając. - Poćwicz teraz sama, a ja pójdę poczytać - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Ty leniuszku - pogroziła mi palcem, ściągając nogę zza głowy. Wystawiłam jej język i pobiegłam do salonu. Wzięłam z blatu jeden z numerów ,,Gallopu" i ruszyłam na taras. Usiadłam w jednym w wygodnych wiklinowych krzeseł i wyciągnęłam nogi. Ptaki przyjemnie ćwierkały, a wiatr szumiał w koronach drzew. Było tu naprawdę uroczo. Zauważyłam, że Gaja liże namiętnie lizawkę, i postanowiłam ją jej zabrać. Gdy ruszyłam na pastwisko, zobaczyłam, że coś przykuło uwagę kucyka. Postawiła uszy i truchtem podbiegła za krzaki. Poszłam za nią, a tam... kot! Puszysty, kremowy kocur. 
Leżał jak gdyby nigdy nic w trawie i leniwo machał ogonem. Popatrzył niedbale na przyglądającemu mu się kucyka, oraz na mnie. Zamiauczał żałośnie, wstał i otarł mi się o nogę. 
- Co ty kocie? - zapytałam schylając się i głaskając głaskając go między uszami. - Głodny jesteś, co? Chcesz szynki czy czegoś? - ruszyłam po kawałek kurczaka do domu. Kot ruszył za mną z ogonem i głową wysoko w górze. Gdyby nie futro, przypominałby mi zapewne dumnego araba. 
- Tylko nie właź za mną do domu! Możesz mieć pchły! - pogroziłam mu palcem. Kocur za nic miał moje groźby i śmiało wszedł za mną do salonu. W sumie nie wyglądał jak typowy dachowiec. Miał czystą, zadbaną sierść i żywe oczy. Nie wyglądał również na zagłodzonego ani wymizerniałego. Otworzyłam lodówkę. 
- Boczek vel szynka? - zapytałam patrząc na niego. Nie było z jego strony odzewu. Był zbyt zajęty przeglądaniem się w blacie. Wyjęłam więc plastikową miseczkę i dałam do niej kilka plasterków szynki oraz pokrojony boczek. Położyłam jedzenie na podłodze, a kot ochoczo wziął się do jedzenia. Starannie ominął jednak szynkę i zeżarł sam boczek.
- Ale jesteś kapryśny - rzuciłam w jego stronę robiąc sobie kanapkę z resztą boczku. Zwierzę oblizało się i popatrzyło na mnie wyczekująco.
- Co? Chyba nie myślisz, że zostaniesz tu na dłużej dzikusie? - powiedziałam rzucając mu kawałek mięsa. Widać zasmakowało mu. Zupełnie nagle do kuchni wpadł Syriusz. W tej samej chwili zamarłam. Co, jeśli pies zagryzie kota?! Syriusz wyszczerzył kły, a kot syknął i wystawił z poduszek pazury. 
- Hau! - usłyszałam tylko, po czym kot machnął ostrzegawczo łapą. Nie zastanawiając się, co robię, porwałam go na ręce. Kot wyśmignął mi się jednak, i wlazł na moje ramiona. Tam umościł się wygodnie i syknął jeszcze raz w stronę yorka. Pies ze skowytem ruszył do salonu, a stamtąd schodami do Rose. Ta, słysząc piski zwierzęcia, wyłączyła muzykę dobiegającą z góry.
- Roza! Co się tam dzieje?! - krzyknęła, a ja usłyszałam jak bierze psa na ręce i schodzi na dół.
- Zupełnie nic - wzruszyłam ramionami, na których nadal siedział kocur.
- Co to za bydlę? - zapytała podejrzliwie moja przyjaciółka.
- Wlókł się po ogrodzie. Postanowiłam go dokarmić, a on przyczłapał tutaj za mną. Biedny kotek, był tak głodny, ze zjadł cały boczek!
- Biedny kotek? Serio w to wierzysz? - zapytała z powątpiewaniem Rose.
- Nie - uśmiechnęłam się próbując ściągnąć kota. Siedział tam jak przyklejony. - Złaź! - krzyknęłam usiłując go zrzucić. Syriusz nadal skowyczał.
- Cicho, cicho! - skarciła go. - Jak widzę przyczepił się do ciebie na dobre - roześmiała się Rose.
- Lepiej mi pomóż - rzuciłam potrząsając głową. Gdy Rose zbliżyła się z Syriuszem, kot przylepił się jeszcze mocniej. - Najpierw odstaw Syriusza! - rzuciłam jeszcze. Gdy Rose odstawiła psa do łazienki, kot sam ze mnie zeskoczył.
- Nigdy więcej tego nie rób! - pogroziłam mu. Nic a nic się tym nie przejął i zaczął drapać pazurami o drewnianą szafkę. - Nie! Nie wolno drapać! - wzięłam go pod brzuch i wyniosłam na taras. - Tu sobie buszuj, ile chcesz!
- No, nie bądź już taka brutalna - wyszczerzyła się Rose. 
- Daj spokój - otrzepałam spodnie. Nie mogłam brać do domu każdego napotkanego na swojej życiowej drodze kota. Niestety. - Sio! Psik! Uciekaj! - mówiłam wykonując odpychający gest rękoma. Kot usiadł i popatrzył na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Zrobił zupełnie tak, jak ten kot ze Shrek'a. 
- Nie utrudniaj! - powiedziałam ostrzegawczo zupełnie jak ten facet-Zorro w reklamie Orbita.
- Co wy? Sztukę odgrywacie? - parsknęła śmiechem Rose. Westchnęłam. ZAWSZE marzyłam o kocie. Również ZAWSZE towarzyszyły temu dwa powody, dla których kota miałam nie posiadać:
1. Moja matka miała alergię na kocią sierść.
2. Byłam zbyt ,,nieodpowiedzialna", żeby kotkiem się zaopiekować.
Lecz skoro mieszkam z przyjaciółką, a rodzice podarowali mi dom i konia, to chyba byłam wystarczająco ,,dorosła" oraz ,,odpowiedzialna", aby podjąć się opieki nad mniejszym futrzakiem? Ponowiłam westchnięcie. Kot jednak podjął decyzję. Powolutku wstał, obrócił się i ze zwieszonym pyskiem ruszył przed siebie. 
- Van Gladius - powiedziałam cicho. 
- Hm? - chrząknęła moja przyjaciółka. 
- Pasowałoby do niego - mruknęłam, zabrałam ze stolika ,,Gallop", który wcześniej przytargałam i weszłam do salonu.
*** 
Tej nocy każda z nas była w swoim łóżku, ale i tak do północy jak jakieś nienormalne pisałyśmy do siebie sms-y... Rano wczesna pobudka, byłam nauczona wstawać o 5, 6 nad ranem. Rose smacznie sobie chrapała, toteż zostawiłam ją w tym błogim stanie, a sama poszłam zrobić śniadanie. Wraz z płatkami z mlekiem poszłam na taras, gdzie chciałam je skonsumować. Zostawiłam je dosłownie na chwilę, tylko po to, aby pójść po więcej płatków. Gdy wróciłam, ani mleka, ani płatków nie było. Był tylko gruby, kremowy kocur z kropelkami mleka na wąsach. Oniemiałam. 
- Van Gladiusie, zeżarłeś moje śniadanie! - obrzuciłam go. Kochany kot. Zeskoczył ze stoliku i otarł się o moje nogi. - Coś takiego - rzuciłam czule drapiąc go za uchem. Teraz nie mogłam go już porzucić. Dobrze się nim zaopiekuję. Pełna zadowolenia i zdecydowania, wzięłam zwierzę na ręce, i weszłam do domu, zupełnie zapominając o śniadaniu...

niedziela, 24 sierpnia 2014

Od Rosemare

Chwyciłam Syriusza pod ramię, a druga ręką zabrałam jego walizkę. Położyłam ją koło reszty naszych torb, wyciągnęłam posłanie i go na nie dałam.
- Zaraz wrócę, pójdę się tylko przebrać. Zabrałam pierwszą lepszą luźną bluzkę i krótkie spodenki.
Gdy wróciłam Roze już była, także przebrana. Pogłaskałam pieska po głowie i zaczęłyśmy się rozpakowywać. Cały czas się śmiałyśmy, chodziłyśmy zanosić rzeczy... Postanowiłyśmy, że buty, w których często chodzimy damy na dół, tak samo jak kurtki. Rzeczy do jazdy konnej dałyśmy na dwie półki. Ubrania podzieliłyśmy na bluzki, spodnie, piżamy, sukienki, spódnice, bluzy i swetry. Wszystko miało swój porządek.
Rzeczy do tańca i gimnastyki dałam do swojego pokoju, a rzeczy Syriusza do dwuch pudełeczek w garderobie.
Zaczęłyśmy się zajmować kosmetykami. Ustaliłyśmy, że górna łazienka jest moja, a dolna jej. Układanie przerwał nam dzwonek do drzwi.
- Roza otwórz! Masz bliżej!
Usłyszałam jakieś głosy na dole.
- Mamy gości! - krzyknęła.
Zbiegłam na dół. Przy otworze do kuchni stała jakaś pani, a obok niej dziewczyna. Obie miały ciemne włosy i jasną cerę. Wyglądały na matkę i córkę.
- Dzień dobry - przywitałam się.
- Cześć! - odpowiedziała dziewczyna. To była Julie, to ją wczoraj spotkałyśmy.
- Witaj - uśmiechnęła się do mnie kobieta.
- Chcecie może herbaty? Albo kawy? - zaproponowała Rozalia.
- Poproszę herbatki.
- Jul chcesz może soku? Albo Pepsi?
- Sok.
- Rose, zaprowadzić na taras gości. Ja za chwilę przyjdę. Postawię tylko wodę na herbatę i przyniosę coś do przekąszenia.
Podeszłam do drzwi by je domknąć i zobaczyłam się w lustrze. Włosy miałam spięte w niedbałego koka, a dużo włosów mi powychodziło. Masakra.
- Proszę, za mną. Poprowadziłam je przez salon na taras. Po wizycie rodziców stały na nim jeszcze kwiatki.
- To jak wam się tu podoba? -spytała mama Jul.
- Ślicznie tu. Te lasy, zadbane ogródki i domy... - uśmiechnęłam się.
- Ładny macie dom - powiedziała Julie.
- Dziękujemy, rodzice nam go wyremontowali.
Usłyszałam cichy dzwoneczek, stawał się coraz głośniejszy. Syriusz wbiegł na taras i wskoczył na moje kolana. Musiał obudzić się z drzemki i przyszedł tu słysząc rozmowy.
- Ale słodki! - zapiszczała dziewczyna. - Wy wszystko macie słodkie. Konia, psa.
- Jak ma na imię? - spytała kobieta.
- Syriusz.
Podskoczyłyśmy, gdy rozbrzmiał stuk.
- Pójdę sprawdzić co się stało. Zaraz wracam.
Zabrałam Syriusza na ręce i poszłam.
W kuchni zastałam Roze, która coś wycierała.
- Co ty zrobiłaś?
- Kroiłam ciasto i nóż mi spadł.
- Zostaw, ja to zrobię. Ty idź na taras.
Postawiłam psa na podłodze, umyłam ręce i nóż. Pokroiłam ciasto przyniesione przez gości i ułożyłam ładnie na talerzyku. Zabrałam jeszcze cztery mniejsze z łyżeczkami, byśmy mogły zjeść. Zaparzyłam herbatę, dałam ładnie plaster cytryny na spodek. Nalałam do trzech szklanek soku, dodałam kostki lodu, znalezione w zamrażalce i dałam po rureczce. Wszystko ładnie ułożyłam o na tacy i poszłam na taras. Roze chyba świetnie się dogadywała.
- Bardzo dobrze pani pieczę - pochwaliła.
Zaraz gdy usiadłam Syriusz czekał, aż go zabiorę na kolana. Nie potrafiłam mu odmówić. Jadłyśmy ciasto z galaretka i kawałkami truskawek. Pokazałyśmy im Gaje, rozmawiałyśmy o tym do jakiej szkoły idziemy, co lubimy robić... Po jakiejś półtorej godzinie poszły.
- Miła kobieta - powiedziała Roze.
- Bardzo - przytaknęłam. - To co bierzemy się dalej do roboty?

Przepraszam za wszystkie błędy, ale wstawiam z telefonu...

piątek, 22 sierpnia 2014

Od Rozalii

- Która godzina?! - poderwałam się z pytaniem na ustach. Obudziłam przy okazji Rosemare.
- Co? - wybełkotała.
- Dziesiąta! - złapałam się za głowę. - O której mieli przyjechać rodzice?!
- Myślę, że koło południa - powiedziała ziewając. 
- Przecież nie zdążymy ogarnąć całej chałupy! Wstaaawaj! - krzyknęłam i szybko zgramoliłam się z kanapy.
- Cholera, czemu akurat dzisiaj? - Rose tak jak ja przed sekundą, złapała się za głowę. W piżamie pobiegłam prędko wyprowadzić Gaję na pastwisko i nalać jej świeżej wody. Gdy wracałam, rozdzwonił się mój telefon. ,,Mama" - wyświetliło się na ekranie.
- Cześć kochanie! Już do Was jedziemy, powinniśmy być około wpół do dwunastej.
- Super, naprawdę się cieszymy - starałam się brzmieć jak najbardziej przytomnie. 
- A, i przekaż Rose, że jej rodzice jadą za nami, albo nie, nie mów, zrobią jej niespodziankę! - powiedziała wesoło.
- Okej, dobrze. Wiesz, ja muszę kończyć, to do zobaczenia! - powiedziałam szybko i rozłączyłam się. 
- Kto dzwonił? - zapytała Rose.
- Mama. Kazała nie mówić, że twoi rodzice jadą za moimi, chcą ci zrobić niespodziankę i będą za półtorej godziny! - krzyknęłam z góry. Usłyszałam tylko gromkie ,,AHA!" i tupot stóp na schodach. Musiałyśmy się błyskawicznie ogarnąć. Co by pomyśleli rodzice, gdyby zastali nas w tych pogniecionych ubraniach i potarganych włosach?! Grzebiąc w torbie zdecydowałam się na najmniej pomiętą, kwiatową, niezobowiązującą sukienkę z kołnierzykiem i białe baleriny. Moim rodzicom najbardziej podoba się prostota i elegancja. Rose ubrała różową spódniczkę, koronkową bluzkę i jeansową kurtkę. 
Po zarzuceniu na siebie czegoś odpowiedniego, rzuciłyśmy się do łazienek. Szybko opłukałam sobie twarz i zrobiłam leciutki makijaż. Potem rozczesałam włosy, zaplotłam warkocza i upięłam go w zgrabnego koka. Ostatecznie wpięłam sobie uroczą kokardkę w kwiatki. Nie przepadałam za takim marnowaniem czasu, ale na rodzicach trzeba zrobić jak najlepsze wrażenie. 10.30! Zleciałam do kuchni w poszukiwaniu czegoś, co nadałoby się na podanie jako poczęstunek. Po chwili również Rose się do mnie przyłączyła. 
- Pełna lodówka, a nie ma czego podać! - jęknęłam.
- Będzie z nami krucho... jest chociaż kawa? - zapytała Rose, a ja znalazłam opakowanie orzechowej kawy. Kiedy chciałam jej podać torebkę, moją uwagę przykuły pysznie wyglądające babeczki z tyłu opakowania.
- Hej! - krzyknęłam olśniona. - Z tyłu jest przepis na ,,błyskawiczne muffiny"! 
- Faktycznie - przytaknęła mi Rose. - Zobaczmy, czy mamy wszystkie składniki. 
- Mąka, jajka, cukier, mleko, proszek do pieczenia, kawa... - wymieniałam czytając przepis. To nie może być trudne! - zabrałam się za gromadzenie wszystkich rzeczy. Rose znalazła nawet posypki i krem do dekoracji ciastek!
Dzięki dobrej organizacji, szybko uwinęłyśmy się ze zrobieniem ciasta. Gdy moja przyjaciółka wlewała ciasto do foremek, ja włączyłam wodę na kawę. Z racji, że było ciepło, rodziców postanowiłyśmy ugościć na tarasie. Przetarłam więc szmatką niewielki stolik, postawiłam na nim wazon, po czym urwałam kilka kwiatów z ogrodu. 
- No i jak uroczo - rozczuliła się Rose.
- Jak ogarnąć wszystko w półtorej godziny? - zaśmiałam się. Rodzice mieli przyjechać dopiero za dwadzieścia minut, toteż poszłyśmy sprawdzić, co tam u Gai. Jako, że nie było na razie żadnych innych koni, musiałyśmy zastąpić jej końskich towarzyszy. Klaczka spokojnie skubała sobie trawę. 
- W paszarni była chyba lizawka na podnóżku, o ile się nie mylę? - zapytałam Rose.
- Tak, chodźmy po nią! - orzekła dziewczyna po czym ruszyłyśmy do paszarni. Po chwili targałyśmy wielki blok soli z witaminami. Położyłyśmy ją na samym środku pastwiska. Nasza klaczka z zainteresowaniem podeszła do nowego przedmiotu. Najpierw niepewnie obwąchała, a potem z zamiłowaniem zaczęła obgryzać.
- Spokojnie, koleżanko! - uśmiechnęłam się.
- Trzeba jej będzie zabierać od czasu do czasu - powiedziała Rose.
- Tak, inaczej nie zje ani kęska trawy - kiwnęłam głową. Gdy wracałyśmy do domu, usłyszałyśmy dzwonek i poczułyśmy smród spalenizny. Rose pobiegła otworzyć drzwi, a ja rzuciłam się do kuchni. Jednym ruchem wyłączyłam piekarnik i otworzyłam okno. Zdjęłam też czajnik z ognia, gdyż woda zaczęła się gotować. Popsikałam pomieszczenie odświeżaczem powietrza, ale i tak czuć było spalone babeczki. Wyjęłam je pośpiesznie i pobiegłam przywitać rodziców. Usłyszałam... szczekanie psa! To rodzice Rose przywieźli jej Syriusza. Gdy szli na taras, szepnęłam Rose do ucha:
- Zajmij się nimi, a ja spróbuję uratować te muffiny! - syknęłam, i na głos zapytałam się miło, czy ktoś nie chce kawy. Pani Dark i mój tata wyrazili taką chęć. Wróciłam więc do kuchni, podczas gdy Rosemare zagadywała dorosłych.
Jakimś cudem uratowało się kilka babeczek, które odłożyłam na srebrną tackę. Wzięłam jeszcze dwie - w prawdzie przypalone, ale dla mnie i Rose będą. Oblałam wszystko obficie czekoladowym sosem i posypałam kolorową posypką. Wyglądały całkiem nieźle. Do wysokich szklanek nasypałam także kawy, dodałam wody i śmietanki, a cukier zostawiłam osobno. Położyłam wszystko na tacy i zaniosłam na taras. Całe towarzystwo było w wyśmienitym humorze - widać Rose umie zabawić ludzi!
- Uprzejmie proszę - uśmiechnęłam się kładąc tackę na stoliku. Kątem oka zauważyłam, jak Rose z uśmiechem głaszcze swojego pupila. 
- O! Nie wiedziałam, że umiecie piec - roześmiała się moja mama biorąc tą najbardziej spaloną babeczkę - jedną z tych, która była przeznaczona dla mnie i mojej przyjaciółki. 
- Tą może ja wezmę, mamo - szybo wyjęłam jej z ręki ciastko, podsuwając jedno z lepszych. - A tą weź ty, Rose - uśmiechnęłam się do niej głupkowato.
- No, może ja też skosztuję tych waszych wypieków? - zapytał pan Dark sięgając po smakołyk. Po chwili każdy trzymał w ręku coś do zjedzenia. Za plecami mamy pokazałam Rose, żeby nie jadła swojej porcji. Zdziwiona ugryzła tylko od góry, tam gdzie było najwięcej polewy. 
- Pycha - powiedziała unosząc kciuk do góry.
- No, no, kawał dobrej roboty - uśmiechnął się mój tata.
- Cieszymy się, że wam smakuje - roześmiałam się, niewidocznie upuszczając swoją babeczkę w krzaki. Rose prawie pękła śmiechem, ale zrobiła to samo. 
Kryzys zażegnany! 
- Mówicie, że już się zagościłyście na dobre? - rozpoczął rozmowę tata Rose.
- Tak, ten dom, stajnia... to wszystko jest cudowne! - powiedziałam z entuzjazmem.
- Dokładnie! Postaraliście się - uśmiechnęła się Rose, a dalsza rozmowa jakoś sama się potoczyła. Na koniec rodzice zerknęli jeszcze do Gai, i orzekli, że następna wizyta za dwa tygodnie. 
- Opiekuj się tym Syriuszem! - powiedziała pani Dark gdy wsiadała do samochodu.
- Pewnie, dziękuję wam, że jednak zdecydowaliście się mi go przywieźć! - uśmiechnęła się Rose od ucha do ucha, trzymając yorka na rękach.
- Nie ma za co córciu, przecież jesteś odpowiedzialna! - mrugnęła jej mama, i odjechali. Odetchnęłam z ulgą.
- Udało się! - krzyknęłyśmy i przybiłyśmy pięć. 

Od Rosamare

Otworzyłam drzwi Gaji, a ta podeszła. 
- Część kochanie - pocałowałam ją w pyszczek. - Gotowa na pierwsze czyszczenie?  
Roza przyszła z kantarem i "uwiązem", po czym jej go założyła. 
- Ej! Mamy taki drobny problem. Nie mamy szczotek. 
- Ale ja mam. Takie typowe - zbieram sprzęt zanim kupię konia - zaczęłyśmy się śmiać. - Wyprowadź ją na pole, a ja skoczę poszukać po walizkach.  
Wpadłam do domu potykając się o torbę Rozy. 
- Kto wpadł na pomysł żeby dać tu te torby?!! - zaczęłam narzekać.  Otworzyłam pierwszą lepszą. Były w niej moje kosmetyki, w kolejnej rzeczy do gimnastyki i tańca. W końcu znalazłam skrzynkę ze szczotkami w ostatnie walizce. 
Rozalia stała na polu z pasąca się Gają. 
- Ca tak długo? 
- A jak myślisz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. 
- Ostatnia walizka? - zaczełyśmy się śmiać. - Pokaż no jakie to masz. 

Wszystko było w kolorze czerwonym. Całą skrzynka, w niej szczotki. Były tam wszystkie potrzebne rzeczy, miękka, twarda, kopystki, gąbka, płyny do mycia koni, pudełeczko ze smarem do kopyt i pędzel, szczotki do grzywy, grzebień i inne takie.  
- WOW, trochę nazbierałaś. 
- Nawet - uśmiechnęłam się.  
Gaja wpakowała swój pyszczek do skrzynki i zaczęła muldać szczotki. 
- Zostaw - wyciągnęłam jej pysk śmiejąc się. - Podobają ci się? 
Zabrałyśmy się za czyszczenie. Po 20 minutach kuc lśnił. 
- To co teraz robimy?  
- Mówili, że możemy na niej robić oprowadzanki. Sprawdźmy, jak chodzi - zaproponowałam. 
- No nie wiem. Nie wiadomo jak zareaguje... - Rozalia zawsze była tą rozważną. Ona powstrzymywała mnie przed robieniem różnych rzeczy. Teraz też to chce zrobić. 
- Blisko jest do ziemi - zaśmiałam się. ,,Czy ją nie za często się śmieję?" - Nic mi się nie stanie, widziałaś mnie w akcji. 
- No dobra, ale nie mamy sprzętu.  
-To co? Ja wsiądę, a ty będziesz mnie prowadzić - powiedziałam, kiedy zgodziła się. - Zróbmy parę kółek stępem. Potem dwa kłusem i na koniec galopem. 
- Jesteś pewna? 
- Jasne. Nowe przeżycie! Jej! 
- Jesteś wariatką. 
- Tylko wariaci są coś warci! 
- Dziwna jesteś.
- Dlatego mnie kochasz! 
Wybuchłyśmy śmiechem. - Kłusujemy? 
- Jasne. 
Strasznie wybijało, jak to na każdym kucyku, ale bardzo ładnie szła i dało się wysiedzieć. Po dwóch kółkach Roza zwolniła  strasznie dysząc. 
- Brak kondycji kochana. Braaak. 
- Weź się odczep! - uśmiechneła się. 
- Dasz radę jeszcze galop? 
- Dam, dam. Chwilkę tylko odetchnę. To były duże kółka. 
- Okej. 
Pochodziłyśmy chwilkę stępem i Rozalia odetchnęła. Ustawiłyśmy się tak by mieć dość dużą prostą, po czym ruszyłyśmy. Dałam znak do galopu i Gaja ruszyła. Miała świetny galop! Taki miękki i równy! Zatrzymałyśmy się. ,,Ja chcę jeszcze!" - pomyślałam. Szkoda, że nie mogę na niej jeździć. 
- I jak? - spytała Roza. 
- Super, świetny!!! - dałam Gai jabłko. - Co powiesz na przechadzkę po wsi? 
- Dobry pomysł - powiedziała. - Rozstępujemy ją, a my obejrzymy wioskę. 
- Mówiłam do konia - zaśmiałam się. ,,Serio! Bardzo często się śmieje." - No, ale chodźmy. 
Wieś była prześliczna. Zadbane domy, piękne ogródki. Po drugiej stronie był las. Minełyśmy przystanek autobusowy. Prawie żadne auto nie jeździło po drodze. 
Podbiegła do nas jakaś dziewczynka. Miała ciemne włosy, ubrana była w krótkie spodenki i luźną bluzkę.
- Hej! Ale słodki kucyk! Jak ma na imię? 
- Gaja - odpowiedziałam. 
- Ja jestem Julie, a wy? 
- Rose - odpowiedziałam. - A to Roza. 
- Jesteście siostrami? Macie strasznie podobne imiona. 
- Nie, jesteśmy najlepszymi przyjaciólkami. 
- Nie widziałam was tu wcześniej. 
- Dopiero przyjechałyśmy. Dostałyśmy się do szkoły w Londynie i się przeprowadziłyśmy - mówiłam. Rozalia jakoś nie bardzo miała na to ochotę. 
- To fajnie. Mogę was oprowadzić. 
- Wiesz co może kiedy indziej, bo robi się późno a mamy trochę daleko do domu - powiedziałam patrząc na godzinie w telefonie.
- No dobra, dobra. Mogę zdjęcie z Gają? 
- Jasne. 
- Masz - podała Rozie telefon. - A ty się odwróć i ładnie uśmiechnij. 
- Już - oddała Roza telefon. 
- Dzięki. Patrz jakie słodkie. 583 537 479 - to mój numer zadzwońcie kiedy będziecie mieć czas. Paaa! - i odbiegła. 
- To było dziwne - skomentowała Roza zdarzenie. 
- Fajna dziewczyna. Tylko nie zdąrzyłam zapisać jej numeru. 
- Pośpieszmy się, chyba że chcesz iść po ciemku.
- Hahaha. 
*** 
- Zamówmy pizzę, nic od śniadania nie jadłam - zaproponowałam. 
- A masz numer? 
- Nie, ale od czego jest internet. 
Otworzyłam laptopa i zaczęłam go przeglądać. Po powrocie do domu wyczyściłyśmy Gaji kopyta, dałyśmy kolację i poszłyśmy do domu. Ja znowu potknęłam się na torbach, więc zaniosłyśmy je do garderoby z obietnicą, że jutro się rozpakujemy.
- Mam - wybrałam numer na moim telefonie. - Dzwoń. Mają nasza ulubioną, zamów dużą. 
Roza poszła do kuchni zadzwonić, a ja zaczęłam szperać w szafkach. 
- Tu są nagrania z nami. Wszystko jest podpisane. Oglądamy? 
- Jasne! Dawaj od pierwszego. 
Ubawiłyśmy się po pachy, opieprzałyśmy się nawzajem próbując iść po ciastka, a gdy dotarłyśmy zaczęłyśmy się nimi obrzucać.

Na naszych pierwszych jazdach, czyszczenie koni. Układ taneczny w wieku sześciu lat (wymyślony przeze mnie). Moje lekcję baletu i gimnastyki, a potem hip-hopu. Roza robiąca zdjęcia zabawkowym aparatem. My udające  rozmowę przez telefon siedząc obok siebie. Seans przerwał nam dostawca pizzy. 
- Z tej szafki to już wszystkie. W kolejnej są wakacje. 
- Zostawmy je na jutro. Chodź, zjemy i ogladniemy jakiś film. 
- Jaki? 
- A co tam masz? 
- Ficka, wszystkie części, Percy, Harry Potter, Władca Pierścieni, Merida Waleczna... - wymieniałam. - ... i Dary Anioła: Miasto Kości. 
- To może to ostatnie? Nigdy nie widziałam. 
Oglądałyśmy film zajadając się. W końcu Roza położyła głowę na moich kolanach. W takiej pozycji zasnęłyśmy...

środa, 20 sierpnia 2014

Od Rosemare&Rozalii

Po skończeniu oglądania dołu skierowałyśmy się na taras. Stały na nim krzesła wiklinowe, stoliczek z szklaną szybką. Wszystko w odcieniu ciemnego brązu.
W ogrodzie stała też fontanna z obrazami greckich bogów olimpijskich. Na samym szczycie była Wielka Trójka: Zeus, Hades i Posejdon, a naokoło nich była reszta bogów, Ares, Apollo, Artemida, Hefajstos... Za sadem składającym się z trzech jabłoni,  dwóch gruszek, po jednej czereśni, wiśni i śliwki, czterech krzakach porzeczki i malin była mini grządka. Ogórki, pomidory, papryka, marchewki, rzodkiewki... Wszystko co dobre. 
- Hahahahahaha - zaśmiałam się. - Jestem ciekawa kto o to będzie dbał i zbierał. 
- Chyba nie myślisz, że wszystko zwalisz na mnie?! 
- Ja potrafię kaktusa zabić! To jest nie możliwe, a mi się udało! 
- Nie będę tu robić wszystkiego! 
- No dobra, w sadzie ci pomogę że zbieraniem, ale grządką ty się zajmujesz. Chcesz chyba coś jeść - powiedziałam po czym poszłam dalej. 
Za stajnią znajdował się mały wybieg dla koni oraz wielkie pastwisko. Na środku łąki było ogromne drzewo z dwiema huśtawkami. Szybko podbieglysmy do nich i zaczełyśmy się huśtać. 
- Która dalej skoczy?! - spytałam. 
- Ok. 
- I tak wygram! Trzy! 
- Dwa! 
- Jeden! 
I wyskoczyłyśmy. Lądując wpadłyśmy na siebie i przeturlałyśmy. 
- Haha! Dalej skoczyłam! 
- Nie fair! Przeturlałaś się tam, a nie skoczyłaś! 
- I co z tego?! Wygrałam! Zachowujemy się jak dzieci - wybuchłyśmy śmiechem. 
Nasze śmiechy przerwał dzwonek mojego telefonu, ktoś do mnie dzwonił. Zostawiłam Rozę na ziemi i poszłam odebrać. 
- Halo. 
- Cześć, Rose - usłyszałam w słuchawce. - Dzień dobry - to była mama Rozalii.
- Dzwoniłam do Rozalii, ale nie odbierała, a chciałam wam powiedzieć, że będziemy jutro koło południa. Żebyśmy nie pocałowali klamki.  
- Niech się pani nie boi, nigdzie nie pójdziemy. 
- Mam nadzieję. Pa, Rose. 
- Do widzenia. 
Gdy wróciłam Roza huśtała się lekko. 
- Kto dzwonił? - spytała. 
- Twoja mama. 
- Co chciała?
- Powiedzieć, że będą koło południa i nie chcą pocałować klamki. 
- Czemu do ciebie? 
- Bo ty nie odbierałaś...
- No tak, mój telefon jest w kuchni.  
Opadłam obok niej na huśtawkę. 
- Syriuszowi by się tu podobało. Tęsknię za nim. 
- Wczoraj go widziałaś - zaśmiała się. 
- Ja go wszędzie że sobą biorę... Nie pamietam, kiedy ostatnio na tak długo się rozstaliśmy. 
- Oj przeżyjesz. Przejadą za niedługo. Spodoba im się tu. 
- To co idziemy do stajni?

_______________________________________________________________________________

- Pewnie - skinęłam głową. Nie obejrzałyśmy jej dokładnie na samym początku. Prawdę mówiąc, nadal nie oglądnęłyśmy wszystkiego dokładnie. Stajni nie było widać z zewnątrz. Była skryta za drzewami, w jednej z części ogrodu. Drzewa na szczęście nie były zanatto wysokie, toteż z okien naszych pokoi widać było wybieg, stajnię i sporą część pastwiska. Elewację miała koloru żółtego, dachówki natomiast - brązowego. Przy ścianie stały dwie brązowe ławki i jakieś dziwne koło od wozu. Dookoła wyłożona była kolorowa kostka. Przynajmniej nie będzie nam zagrażała mokra ziemia, błoto i w efekcie głębokie, bagniste ruchome piaski. Widać boksy miały dwoje drzwi - od środka, i na zewnątrz. Te na zewnątrz były tyle rewelacyjne, że mogłyśmy otworzyć je od góry, dołu, albo całe - w zależności od tego, czy chcemy konie wyprowadzać, czy tylko przewietrzyć stajnię. 
- Fajne rozwiązanie - stwierdziła Rose.
- Cały czas będziemy mogły na obserwować co się u nich dzieje - uśmiechnęłam się.
- Rodzice pomyśleli o wszystkim!
- Mimo, że w życiu nie siedzieli na koniu - roześmiałyśmy się i weszłyśmy głównymi drzwiami. Chociaż powinnam stwierdzić ,,jednymi z głównych drzwi", bo od korytarza drzwi było dwoje. W środku proste, białe ściany, ale drzwi boksów odporne i wytrzymałe, a zarazem lekkie i proste, aby wytrzymały napady szału koni i jednocześnie zapewniały stu procentową funkcjonalność przy otwieraniu i takich tam. Dodatkowo, przy każdym boksie było zawieszone wysoko spore okno, które dawało koniom mnóstwo światła. W niektórych miejscach wisiały nasze zdjęcia na koniach i z końmi - więcej zdjęć było akurat Rose. No cóż, ja nie jestem zbyt fotogeniczna. Znalazłam jednak jedno zdjęcie, które mnie wzruszyło. 
Była na nim Nora. Moja pierwsza, końska nauczycielka. Uczyła mnie od samego początku, to na niej spędziłam pierwsze chwile w siodle. Była jednak starą nauczycielką... Umarła po 5 latach. Miałam wtedy jedenaście lat i byłam do niej mocno przywiązana. Bardzo przeżyłam jej śmierć. Ta kara, wielkopolska klacz była mi okropnie bliska... A teraz patrzyła na mnie ze ściany jak gdyby nigdy nic, niemo rżąc ,,- Co się tak patrzysz? Życie toczy się dalej!" 
Ledwo powstrzymałam się od płaczu. 
- O - powiedziała tylko Rose, patrząc tam gdzie ja. Uczyłyśmy się jeździć w tej samej stajni, dobrze znała Norę i wiedziała, co się z nią stało. Widząc mój wyraz twarzy, przytuliła mnie mocno. Uwielbiałam ją za to wyczucie.
- Zdjąć to? - zapytała troskliwie.
- Nie, jestem wdzięczna rodzicom, że ją tu powiesili. Bardzo wdzięczna - z trudem się uśmiechnęłam. - Chodźmy dalej. - rzekłam twardo. Zajrzałyśmy do następnych drzwi. Pierwszym pomieszczeniem okazała się paszarnia z kilkoma wiązkami siana zniesionymi ze strychu, owsem, i różnymi suplementami diety dla koni. Był też kran, a pod nim trzy wiadra. I 10 kg smaczków! 
- Zapas na pół roku! - orzekłam.
- No nie wiem, z Gają w ciągu miesiąca zrobi się tu pusto - roześmiała się Rose, a ja jej zawtórowałam. Gaja to potworny łakomczuch! Były tu nawet miarki i lekarstwa na podstawowe i powszechne końskie choroby. Na ścianie wisiała kartka od weterynarza jakimi porcjami powinnyśmy karmić naszego kucorka. Następnym wnętrzem okazała się siodlarnia z wieszakami na siodła, ogłowia, kantary, uwiązy i inne. Jak rodzice napisali, było tu tylko stare, rozlatujące się siodło, dwa kantary z rynku, liche wodze, wędzidło i bury czaprak. A, no i szczyt szczodrości - dwa uwiązy, czyli liny z piwnicy mojego dziadka, które miały je imitować...  Z takim sprzętem daleko nie zajedziemy na oprowadzankach...
- To pomieszczenie podoba mi się zdecydowanie najmniej - rzuciłam. Miałyśmy jakieś tam mizerne części swojego sprzętu, ale na pewno nie zamierzałyśmy niszczyć go na Gaji.
- Mnie też - mruknęła Rose. Wiedziałam, że spodziewała się swojego własnego sprzętu. Ale mówi się trudno.
- Heeej, mamy chociaż dom - zamrugałam oczami i zatrzepotałam rękami nad głową. 
- Pewnie! - roześmiała się moja przyjaciółka. Ona nieustannie się śmiała! ,,Śmiech to zdrowie", więc ona będzie żyć wiecznie.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Od Rosemare & Rozalii

Gdy przestałyśmy piszczeć, weszłyśmy przywitać się z Gają. Wyciągnęłam rękę przed siebie, a ta podeszła śmiało, szukając na niej czegoś. Zobaczywszy, że nic na niej nie mam, poszła do Rozy.
- Cześć słodka - przywitała się. - Chcesz coś? - zapytała. Wyciągnęła z kieszeni smakołyk dla koni o smaku jabłkowym i podała jej go, a ta zjadła ochoczo. 
- Po co ci smakołyki dla koni w spódnicy?!
- Nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja poczęstowania konia - zaśmiała się.
- Daj jednego - poprosiłam. Ugryzłam kawałek dla siebie, a resztę dałam Gaji, po czym ucałowałam ją w pyszczek.
- Chodźmy oglądnąć dom - pociągnęłam Rozę za rękę.
***
Zwiedzanie zaczęłyśmy od góry. Na długiej ścianie było troje drzwi, a na dwóch widniała plakietka z imieniem. Po prawej był pokój Rozalii. Jasny, duży z wielkim oknem, toaletką i miękkim, dwuosobowym łóżkiem. Środkowe drzwi prowadziły do dość dużej, zrobionej z ciemnych szafek garderoby. Ostatnie na tej ścianie prowadziły do mojego pokoju. Czarny, biały, czerwony kolor, dość duże łóżko, szafki na książki, dwa okna, zgrabne biureczko z lampką, ramki na zdjęcia, wszystko co mi potrzebne. Wychodząc z mojego pokoju po prawej stronie znajdują się drzwi do łazienki w czarno-białym kolorze z fioletowymi dodatkami. Po przeciwnej stronie korytarza jest sala do tańca. Duża, przestronna, z wielkim lustrem i oknami wydawało się, że jest wszystko, ale niestety nie i będę musiała to zabrać z domu następnym razem.
- To co, idziemy oglądać dół? - spytałam Rozy.
- Jasne - powiedziała, więc zeszłyśmy na parter.

_______________________________________________________________________________

Zbiegłyśmy lekko po drewnianych, jasnych schodach. Słychać było tylko plaskanie naszych stóp. Na ścianie wzdłuż schodów były powieszone urocze, czarno-białe zdjęcia z naszego dzieciństwa. My w jednym wózku, my kłócące się o misia, my sypiące sobie pisakiem we włosy, my podczas pierwszego dnia w przedszkolu, kiedy to wpychamy lalkę do plastikowego piekarnika... Wszystko doprawione ślicznymi, kremowymi ramkami wyglądało przecudownie! Na dole schodów okres 0-3 lata, u nieco wyżej 4-6. 
- Patrz! Z tą kokardką wyglądałaś słodko - powiedziała Rose wskazując palcem na jedno ze zdjęć.
- Albo ty tutaj! - tym razem ja popatrzyłam na jedną z fot, na której umaziana Rose jadła czekoladowego loda. Zachwycone ruszyłyśmy do kuchni. Nie było do niej drzwi - od przestronnego holu z wieszakami na ubrania i lustrem bezpośrednio wchodziło się do środka. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś wyrąbał całą ścianę. 
Kuchnia była duża, dobrze oświetlona i kompletnie wyposażona. Przeważały tu kolory biel oraz brązowe drewno, ale dodatki, wykończenia i blaty były czarne. Przez ogromne okno wpadało mnóstwo światła. Gdy zajrzałyśmy do szafek, okazało się, że rodzice zrobili po prostu przegląd swoich sprzętów kuchennych i oddali nam swoje niepotrzebne graty. Jako, że miałam tylko dorosłą siostrę, a moja przyjaciółka tylko malutką, spokojnie mogli oddać nam po kilka sztućców czy szklanek. Lodówka również była cała zapełniona. Od góry - do dołu. Było tu wszystko! Rodzice napisali tylko:


,,Oto Wasze zapasy. W przyszłości jedzenie będziecie kupować sobie same. Możecie pocieszać się tym, że w ogrodzie jest sad z owocami oraz grządki z warzywami. Wystarczy o to dbać. Jajka, mleko, mąkę czy śmietanę będziecie dostawać za darmo od sąsiadów z farmy, o ile czasem pomożecie im w gospodarstwie."

- Chociaż tyle - westchnęłam.
- Szykuje się ciężka harówa... - uśmiechnęła się moja przyjaciółka.
- Damy radę!
- Tak, damy radę! - zaśmiewając się przybiłyśmy piątkę. ,,Inaczej wylatujemy: żegnajcie własne konie, żegnaj własny domku! A z rodzicami nie rozstaniemy się do trzydziestki... Ale przecież nic takiego nie będzie miało miejsca... Prawda?" - pomyślałam realistyczno-pesymistycznie. Tak to miałam w zwyczaju. To Rose była od optymistycznego nastawienia. Uzupełniałyśmy się nawzajem: ona mnie podbudowywała w trudnych chwilach, ja ściągałam ją do smutnej rzeczywistości gdy za bardzo odleciała w marzenia. Przeszłyśmy do salonu. Był ... boski. Bardzo jasny i przytulny. Posiadał wszystko co potrzebne: mięciutką sofę i fotele, szeroki stolik, telewizor plazmowy, elektryczny kominek, efektowne dodatki... Byłam zachwycona! Do tego trzy najnowsze numery naszego ulubionego czasopisma: Gallopu. Przysięgłam sobie, że będę tam kiedyś pracować... Została nam jeszcze tylko parterowa łazienka. Gdy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że to tam będę się najczęściej myć. Biało-szara, z niebieskimi kafelkami. Cudowna! U góry były kosmetyki Rose, tutaj będą znajdować się wszystkie moje! 
- U lala - powiedziałam usiadając na kibelku. 
- Niezła. Ale i tak bardziej podoba mi się górna - wyszczerzyła zęby moja przyjaciółka.
- To mamy jeden problem z głowy - roześmiałam się. Wyszłyśmy z łazienki i nasze kroki skierowałyśmy na taras. 

sobota, 16 sierpnia 2014

Od Rozalii

Widelec spadł mi na podłogę, kiedy usłyszała trąbienie na podjeździe. Oznaczało to tyle, że tata Rosa w końcu przyjechał! Zalała mnie fala ekscytacji.
- Spokojnie córciu, przecież i tak będziemy cię odwiedzać – powiedziałam wesoło mój tata zza gazety.
- Byle nie za często – wymruczałam podnosząc sztuciec.
- Ja już się nią zaopiekuję, proszę pana – Rosemare ze śmiechem objęła mnie ramieniem.
- Tak, tak. Przynieście lepiej swoje toboły na dół i zmiatać mi stąd! – uśmiechnęła się promiennie moja mama. W tej chwili usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Kiedy tata Rose rozmawiał z moimi rodzicami, ewakuowałyśmy się po bagaże.
***

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Jazda przez te wszystkie wsi, wsie, wioski i autostrady naprawdę może znudzić, toteż praktycznie całość drogi przespałam na ramieniu Rose. Pamiętam tylko postój na stacji benzynowej. Kiedy w końcu wysiadłyśmy z samochodu, pierwsze krople deszczu musnęły moją rękę. Zapowiadali 30 stopni, więc ubrałam się dość wakacyjnie, i teraz moje ramiona automatycznie pokryły się gęsią skórką.

Ale grunt, że jesteśmy na miejscu!

- Nawet nie wie pan, jak bardzo chciałabym panu podziękować panie Dark – uśmiechnęłam się do ojca Rose przez szybę. Siedział już w aucie, a wcześniej pomógł nam zanieść wszystkie rzeczy do domu. 
- Nie ma sprawy. Bawcie się dobrze dziewczęta! Tylko bądźcie ostrożne! Nie zapominajcie wyłączać żelazka, dokręcać kranu…
- …gasić światła i uważać z palnikami. Wiemy, tato! – dokończyła Rose, kiedy ojciec dawał jej buziaka na pożegnanie. 
- No i ugotujcie sobie od czasu do czasu coś zdrowego, nie tylko zamawiać mi pizzę! – krzyknął jeszcze gdy odjeżdżał.
- W końcu same – powiedziała błogo moja przyjaciółka, kiedy WRESZCIE zostałyśmy same.
- W końcu… - przytaknęłam, dosłownie w chwili, kiedy rozdzwonił się mój smartphone. – Mama…  - oczywiście nie mogła się powstrzymać! Z rezygnacją odebrałam telefon.
- Powodzenia – zachichotała Rose i uciekła do domu. Wystawiłam jej język.
***
- I jak? – zapytała mnie Rose, kiedy przyszłam do kuchni.
- Chciała tylko przekazać, że zapomniałyśmy walizki, do której spakowałyśmy się wspólnie. Ale z nas sieroty – roześmiałam się. – Dowiozą nam ją jutro, razem z niespodzianką… A propo jeszcze jednej niespodzianki, powinnyśmy zobaczyć za dom. Tam też jest jakiś budynek, widziałaś?
- Nie, nie zauważyłam. Znaczy, myślałam, że to garaż. Myślisz, że kupili nam furę? – rozdziawiła usta.
- To by było coś! Chodźmy sprawdzić – powiedziałam podekscytowana. Wyszłyśmy przed dom w chwili, kiedy rozpadało się na dobre. Przebiegłyśmy przed idealny, zadbany ogród aż do dziwnego budynku. W miarę, jak się do niego zbliżałyśmy, coraz wyraźniej słyszałyśmy rżenie. Rżenie?! Stanęłyśmy w strugach deszczu i popatrzyłyśmy po sobie mocno zdziwione. To przecież niemożliwe, żeby rodzice kupili nam konia! Ale z drugiej strony, po co byłby ten budynek? Ruszyłyśmy biegiem w stronę szerokich drzwi. Gdy je otworzyłyśmy, naszym oczom ukazał się piękny widok. Trzy wielkie boksy, a z lewego coś  rżało. Pochyliłyśmy się nad drzwiczkami, a tam… przeuroczy, najpiękniejszy na świecie kucyk! Na oko szetland. Kasztanowo-srokaty. Śliczny. Ale…
- Oni chyba nie myślą, że będziemy na nim jeździć? – zmarszczyłam brwi. Raz czy dwa można, ale na dłuższą metę wysiadł by mu kręgosłup, nogi, stawy…
- Patrz, tu jest jakaś kartka! – zawołała Rose kierując wzrok ku ścianie. 

,,Rosemare! Rozalio! Ta stajnia i Gaja to dodatkowy prezent od nas - małe dopełnienie, ale i próba. Gaja posłuży nam do eksperymentu, a mianowicie, czy potraficie zaopiekować się własnym koniem. Będzie u Was przez 2 miesiące, a pod koniec weterynarz i my stwierdzimy, czy potraficie zająć się własnym koniem. A potem... to się okaże, czy będziecie umiały utrzymać trzy konie i pomóż nam w kosztach. Aby zarobić po części na utrzymanie kucyka będziecie mogły zarabiać, np. prowadzić lekcje dla dzieci z sąsiedztwa. Siano macie na poddaszu, owies i inne suplementy w paszarni. W siodlarnii możecie złożyć cały skompletowany przez Was dotychczas sprzęt. Od nas znajdziecie tam dwa kantary, wodze, czaprak, wędzidło i zużyte, stare siodło. To powinno Wam na początek wystarczyć. Mamy nadzieję, że jesteście zadowolone. Wasi rodzice.”

- Aaaaa! – zapiszczałyśmy jednocześnie i rzuciłyśmy się sobie w ramiona. Przestraszyłyśmy trochę Gaję, ale i tak nic nie zdołałoby stłumić naszej euforii…