Muzyka

niedziela, 24 sierpnia 2014

Od Rosemare

Chwyciłam Syriusza pod ramię, a druga ręką zabrałam jego walizkę. Położyłam ją koło reszty naszych torb, wyciągnęłam posłanie i go na nie dałam.
- Zaraz wrócę, pójdę się tylko przebrać. Zabrałam pierwszą lepszą luźną bluzkę i krótkie spodenki.
Gdy wróciłam Roze już była, także przebrana. Pogłaskałam pieska po głowie i zaczęłyśmy się rozpakowywać. Cały czas się śmiałyśmy, chodziłyśmy zanosić rzeczy... Postanowiłyśmy, że buty, w których często chodzimy damy na dół, tak samo jak kurtki. Rzeczy do jazdy konnej dałyśmy na dwie półki. Ubrania podzieliłyśmy na bluzki, spodnie, piżamy, sukienki, spódnice, bluzy i swetry. Wszystko miało swój porządek.
Rzeczy do tańca i gimnastyki dałam do swojego pokoju, a rzeczy Syriusza do dwuch pudełeczek w garderobie.
Zaczęłyśmy się zajmować kosmetykami. Ustaliłyśmy, że górna łazienka jest moja, a dolna jej. Układanie przerwał nam dzwonek do drzwi.
- Roza otwórz! Masz bliżej!
Usłyszałam jakieś głosy na dole.
- Mamy gości! - krzyknęła.
Zbiegłam na dół. Przy otworze do kuchni stała jakaś pani, a obok niej dziewczyna. Obie miały ciemne włosy i jasną cerę. Wyglądały na matkę i córkę.
- Dzień dobry - przywitałam się.
- Cześć! - odpowiedziała dziewczyna. To była Julie, to ją wczoraj spotkałyśmy.
- Witaj - uśmiechnęła się do mnie kobieta.
- Chcecie może herbaty? Albo kawy? - zaproponowała Rozalia.
- Poproszę herbatki.
- Jul chcesz może soku? Albo Pepsi?
- Sok.
- Rose, zaprowadzić na taras gości. Ja za chwilę przyjdę. Postawię tylko wodę na herbatę i przyniosę coś do przekąszenia.
Podeszłam do drzwi by je domknąć i zobaczyłam się w lustrze. Włosy miałam spięte w niedbałego koka, a dużo włosów mi powychodziło. Masakra.
- Proszę, za mną. Poprowadziłam je przez salon na taras. Po wizycie rodziców stały na nim jeszcze kwiatki.
- To jak wam się tu podoba? -spytała mama Jul.
- Ślicznie tu. Te lasy, zadbane ogródki i domy... - uśmiechnęłam się.
- Ładny macie dom - powiedziała Julie.
- Dziękujemy, rodzice nam go wyremontowali.
Usłyszałam cichy dzwoneczek, stawał się coraz głośniejszy. Syriusz wbiegł na taras i wskoczył na moje kolana. Musiał obudzić się z drzemki i przyszedł tu słysząc rozmowy.
- Ale słodki! - zapiszczała dziewczyna. - Wy wszystko macie słodkie. Konia, psa.
- Jak ma na imię? - spytała kobieta.
- Syriusz.
Podskoczyłyśmy, gdy rozbrzmiał stuk.
- Pójdę sprawdzić co się stało. Zaraz wracam.
Zabrałam Syriusza na ręce i poszłam.
W kuchni zastałam Roze, która coś wycierała.
- Co ty zrobiłaś?
- Kroiłam ciasto i nóż mi spadł.
- Zostaw, ja to zrobię. Ty idź na taras.
Postawiłam psa na podłodze, umyłam ręce i nóż. Pokroiłam ciasto przyniesione przez gości i ułożyłam ładnie na talerzyku. Zabrałam jeszcze cztery mniejsze z łyżeczkami, byśmy mogły zjeść. Zaparzyłam herbatę, dałam ładnie plaster cytryny na spodek. Nalałam do trzech szklanek soku, dodałam kostki lodu, znalezione w zamrażalce i dałam po rureczce. Wszystko ładnie ułożyłam o na tacy i poszłam na taras. Roze chyba świetnie się dogadywała.
- Bardzo dobrze pani pieczę - pochwaliła.
Zaraz gdy usiadłam Syriusz czekał, aż go zabiorę na kolana. Nie potrafiłam mu odmówić. Jadłyśmy ciasto z galaretka i kawałkami truskawek. Pokazałyśmy im Gaje, rozmawiałyśmy o tym do jakiej szkoły idziemy, co lubimy robić... Po jakiejś półtorej godzinie poszły.
- Miła kobieta - powiedziała Roze.
- Bardzo - przytaknęłam. - To co bierzemy się dalej do roboty?

Przepraszam za wszystkie błędy, ale wstawiam z telefonu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz