Muzyka

poniedziałek, 29 września 2014

Od Rosemare


Dni mijały nieubłaganie, zbliżał się rok szkolny. Większość czasu spędzałyśmy z Gają, ale też ćwiczyłyśmy nasze układy. Pojechałyśmy także do miasta po książki, plecak, zeszyty i inne potrzebne rzeczy. 
Rose denerwowała się tym, że jej sukienka nie przychodzi i nie będzie miała w czym tańczyć. Wiele razy mówiłam jej, że jej coś pożyczę, ale ona nadal chodziła coś marudząc.
W piątek przyszła paczka z poprawionymi strojem dla Rozy i śliczny, zielony kantar z uwiązem. Znalazłam w pudle karteczkę z listem co poprawiła oraz tym, że o wszystkim wie i kantar jest dla Gaji na rozpoczęcie roku szkolnego. 
- Chodź, pokombinujemy z fryzurami i makijażem - zaproponowałam jej. - W poniedziałek będziemy mieć już spokój. 
- To już w ten poniedziałek?! 
- Taak! Nowa szkoło, witaj! 
- Ale to szybko minęło.
Po ponad godzinie męczarni Rozalia wyglądała ślicznie.  
- Dawaj aparat, muszę zrobić ci zdjęcie. -Teraz zatańcz! Nagram cię! - cykłam jej z czterdzieści zdjęć. Przez kolejne pół godziny komentowałyśmy nagranie i zdjęcia. Roze przebrała się w normalne ubrania, a ja założyłam sukienkę. 
Poszło jej strasznie szybko. Tak, jakby myślała nad tym od dłuższego czasu. Włosy spięła mi w koka, układającego się w kokardkę. Na oczach cienie przechodziły mi z zielonego, w kolor stroju po błękitny. Wszystko razem idealnie wyglądało. 
- Muszę zrobić ci sesje! - krzyknęła. Przez kolejne dwie godziny pozowałam. Zrób to i tamto. Stan koło Gaji, zabierz Syriusza...


Wieczorem, zasiadłyśmy z miskami popcornu na kolanach  w piżamach przed telewizorem. Film był tak nudny, że cały przegadałyśmy.
***
 Siedziałam na huśtawce z Syriuszem na kolanach towarzyszące pasącej się Gaji. 
- Tu jesteś! - usłyszałam za sobą. - Wszędzie cię szukam! 
- Cieszę się ostatnim dniem wolnego.
- Niestety, to już jutro. Ale pomyśl! Za dwa równe tygodnie okaże się czy dostaniemy kolejne konie! 
- No w sumie. 
Przez kolejna godzinę rozmawiałyśmy. To o pracy, jak pogodzimy wszystko razem. Kiedy będziemy miały czas wolny.
- Chodźmy już - powiedziałam patrząc na godzinę. - Musimy się wyspać! 
- No trochę już późno. 
*** 
" Pi - bip. Pi - bip" usłyszałam mój telefon. Na tarczy zegara widniała "7.00". 
Usłyszałam krzątanie w kuchni. " To pewnie Rozalia. Ranny z niej ptaszek." pomyślałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz